Bali- początek

Bali- początek

Brzmi conajmniej jak tytuł sagi o Gwiezdnych Wojnach. No ale nasz wyjazd zaczął się może niewinnie a też zamienił się w sagę w wielu odcinkach więc tytuł jest jak najbardziej na miejscu.

Zanim dojdę do tego, że od momentu kiedy zaczęliśmy urlop na Bali do dnia dzisiejszego minął miesiąc a my nadal tu jesteśmy, to może zacznijmy od początku.

Uluwatu (13-17 kwietnia 2020)

Niczego nieświadomi przyjechaliśmy sobie na tygodniowy urlop na Bali. Po dyskusjach gdzie wynająć jakieś lokum uznaliśmy że pół wyjazdu, czyli 3 dni spędzimy w jednym miejscu a kolejne 4 gdzie indziej. I tak zaczęliśmy od półwyspu Bukit na południu Bali.

Zakwaterowanie

Na Bali opłaca się wynająć willę więc poszliśmy za ciosem i postanowiliśmy użyć sobie trochę luksusu w postaci domu z ogrodem i basenem. Miało być luksusowo ale na początku przeżyliśmy lekkie rozczarowanie bo basen miał kolor jak brudna sadzawka i nic nie wydawało się luksusowe. Pan właściciel tego przybytku miał brzuch większy niż zasięg jego wzroku i generalnie miał na wszystko lekko wywalone. Zmienił nam domek, żeby przynajmniej basen był czysty i potem było już ok. Choć czym jest luskus mieliśmy się dopiero przekonać w kolejnej lokalizacji.

A to Mat w basenie. Zdjęcie powastało po to, żeby wysłać kuzynom i ich podenerwować podpisując je “Quarantini”. Chyba się udało;)

Mat, który jeszcze nie wie, że będzie się tak byczyć przez kolejne dwa miesiące…

Uluwatu

To jest zdecydowanie ta piękniejsza część Bali. Przyjechaliśmy tutaj bo z research’u Mata wynikało, że jakiś super znany hawajski surfer (Gerry Lopez jeśli Wam coś to mówi;) odkrył falę Uluwatu w latach ’70 i jest ona tak niepowtarzalna, że skoro on mógł z Hawajów to i my możemy z Dubaju. Aż rym stworzyłam z wrażenia!

No w każdym razie fala owszem była tylko tak oddalona od brzegu, że zanim Mat by tam dopłynął i posurfował to minąłby cały dzień ale mój mężczyzna wykazał się miłosierdziem i znalazł sobie inne, bardziej dostępne miejsca do surfowania.

Poza główną atrakcją w postaci fali są tu też plaże ze złotym piaskiem, niebieściutka woda i niesamowite widoki z klifów. No właśnie… widoki może i niesamowite ale żeby dostać się na plażę to z tych klifów trzeba jakoś zejść na dół. A to przy upale 30 stopniowym i wilgotności 99% wcale nie jest taka łatwa sprawa. Gdybyśmy nawet mieli dobrą kondycję to myślę, że i tak by nam nie pomogła;P

No ale warto się napocić i zleźć w dół (chociaż poci się głównie przy wchodzeniu na górę z powrotem ale co tam) z dwóch powodów o których poniżej.

Powód numer jeden- Mat ma zajebiste fale do surfowania. Nie, nie mówię o tej co poniżej.

Powód numer dwa- ja zadowolona bo znalazłam zajebiste lody w czasie czekania na niego. Konkretnie zostały one odkryte na plaży Pantai Bingin.

Jezuuuuuu to najlepsze lody jakie jadłam! Wegańskie, zrobione z samych naturalnych składników. Palce lizać! Lepiej ich nie próbujcie bo można nie potem stracić fortunę nie znając umiaru.

Ale na wszelki wypadek zostawiam tu namiar na delivery- trzeba ich szukać na instagramie jako @peaceofcake . Dowożą wszędzie. Niestety.

Bingin mogę polecić nie tylko ze względu na lody ale również na zachody słońca.

Plaże

Niestety wiele z tych plaż nie wygląda jak w raju. Plaża Dreamland, na którą się wybraliśmy wiedzeni nazwą, lekko nas zaskoczyła… tyle śmieci, że nie wiadomo czy to aby napewno plaża czy wysypisko. Nie dokumentowałam tego więc ochronię wasze oczy przed tym widokiem. Zamiast tego kilka foteczek nadających klimat Bali.

W sumie pierwsze trzy dni głownie się byczyliśmy. Nie żeby potem jakoś mocno to się zmieniło no ale mówię bo mamy jakoś bardzo mało zdjęć.

Nusa Dua

Ło jezuuu… to niby ta najpiękniejsza część Bukitu ale nuda tak straszliwa, że aż strach. Hotel przy hotelu wzdłuż plaży. Większość leżaków zarezerwowana dla gości więc można sobie iść plażą ale jak zechce Wam się przyklapnąć na chwilę to raczej nie będzie to takie proste. Poza tymi hotelami, w których i tak nas nie chcą, nie ma tam za wiele. Pojechaliśmy, padliśmy z nudów i wróciliśmy.

Szybcy i wściekli

No to może jeszcze o naszym środku lokomocji. Ultra szybkiej maszynie Honda Vario, którą na tych krętych i zakorkowanych dróżkach poruszamy się codziennie osiągając prędkość maksymalną 60km/h;) Pokaże potem jak tu wygląda tankowanie, ile płaci się za benzynę i czy co grozi za jazdę bez prawa jazdy.

Ale to w następnym odcinku. Teraz czas się zwijać z Uluwatu i zawitać w Canggu.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top